https://paraluzja.pl/
Bartek Drak
fot. Bernard Łętowski

O sobie …

Malarstwem zajmuję się od 2019 roku. Tematyka moich prac jest różnorodna, a stylistycznie poruszam się pomiędzy baśniowym surrealizmem a malarstwem naiwnym. Inspiracją do tworzenia jest przede wszystkim otaczający mnie świat. W cyklu „Domy zwierzęta” pojawiają się motywy architektoniczne zaczerpnięte z krajobrazu Dolnego Śląska, przeplatające się z ulotnymi obrazami wspomnień. Seria „Besame Mucho” odnosi się natomiast do muzyki – sztuki, która jest mi szczególnie bliska i stanowi ważne źródło inspiracji. W mojej twórczości pojawiają się także obrazy całkowicie oderwane od rzeczywistości, powstające z najgłębszych przestrzeni wyobraźni. Moje prace były prezentowane na kilku wystawach, między innymi podczas Festiwalu Dell Arte w Bukowcu. Obrazy można zobaczyć również na żywo w Miejscu Wielu Sztuk w Łomnicy.

Dostępne obrazy

Galeria demonstruje dostępne obrazy. Podane wymiary dotyczą obrazu bez ramy. Obraz sprzedawany jest z ramą. Obrazy namalowane są farbami akrylowymi i olejnymi na płótnie . Pokryte są werniksem. Farby używane do malowania są jak najlepszej jakości. Osoby zainteresowane zapraszam do prywatnego kontaktu. Obrazy można zobaczyć na żywo w Miejscu Wielu Sztuk.

Archiwum prac

Galeria – malarstwo

959a6678

Galeria – szkice

Fotografia

Fotografią zajmuję się pasjonacko po dziś dzień, nieustannie rozwijając swoje spojrzenie i wrażliwość na obraz. Na stronie udostępniam galerie podzielone na dwie główne kategorie: „Ludzie” oraz „Krajobraz”.W galerii „Ludzie” dominują fotografie studyjne, w których realizuję bardziej surrealistyczne podejście do portretu. Z kolei „Krajobraz” to zbiór ujęć natury, wśród których szczególne są dla mnie zdjęcia Gór Kaczawskich – regionu, do którego często wracam i który nieustannie mnie inspiruje. Zapraszam do oglądania galerii oraz odwiedzenia zakładki „Wycieczki”.

malarstwo

Galeria – ludzie

959a6701

Galeria – krajobraz

Teksty

Kamyczek 

Kamyczku mój kochany,
Czemuś taki dzisiaj chłodny?
Czy pamiętasz to jeszcze,
Kiedy z mostku Cię ujrzałam?
Czy pamiętasz moje zapatrzenie?
Taki śliczny byłeś Ty,
I takie brzydkie były
Te inne kamienie.

Targanego przez rzekę
Wyłowiłam Cię wtedy,
W dłoniach otuliłam,
Ogrzałam troszeczkę.
A Ty w zamian, mój miły,
Przynosiłeś mi szczęście,
Dodawałeś mi siły.

Och, kamyczku kochany!
Czy pamiętasz to jeszcze?

Kamyczku mój kochany,
W tym milczącym mroku nocnym
Dziwnie być takim samotnym.
Tyle smutku mam i złości
W życiu z Tobą, w tej miłości.

Me wołanie do kamienia!
Moja wiara to szaleństwo,
Moja miłość, ma nadzieja
Nie ożywia mi już Ciebie
I niczego już nie zmienia.
I prawdy już nie słyszę,
Bo ja mam wnętrze z kamienia.

Kamyczku mój kochany,
Wiem — niczego nie wykłócę.
Jutro stanę na mostku
I do rzeczki Cię wyrzucę.
Jeśli dla mnie nie chcesz
Czerwienić się i mienić,
Lśnij, kochany kamyczku,
Dla tych innych kamieni
Jednorazowy człowiek

Idą deptakiem jednorazowi ludzie.
Każdy każdemu polotu zazdrości.
Idą kolorowi, w plastikowym życia trudzie.
Śpieszą się, bo mają krótki termin ważności.

Idą deptakiem w błyszczących papierkach.
Cóż z tego, że mają takie krótkie życie?
Rozpuszczają się w ustach, mają smak cukierka
I naklejkę z napisem – to jest właśnie bycie.

Jednorazowy człowiek ma oczy z plastiku,
Sterowane na pilota ręce ma i nogi.
Mocowane na trytytki, takie śmieszne kukuryku,
I pogląd, który cieszy – szybki i niedrogi.

Na główce ma sloty, zakryte klapką,
A w nich wymienny nośnik na dane,
I zapis procedur odsłonięty zdrapką –
Życie nie musi być piękne, lecz fajne i tanie.

Na plecach ma krzyż ze styropianu.
Na czole cierpienie odlane ma z gumy.
Na zadzie sentencję wybitą ma w zdaniu
O przemijaniu powodów do dumy.

Jednorazowy człowiek ma oczy z plastiku.
Sterowane na pilota ręce ma i nogi.
Mocowane na trytytki, takie śmieszne kukuryku,
I pogląd, który cieszy – kolorowy i niedrogi.

Idą deptakiem jednorazowi ludzie,
Niosą w reklamówkach szczęście w panierce,
Euforię w płynie i przyszłość w cudzie,
Dla łagodzenia objawów w usterce.

Cierpliwość do szkła, miłość do plastiku,
Duma do zmieszanych, starość do gabarytu,
Dni minione, refleksje śmieciowych inspiracji –
Wszystko jednorazowe, do utylizacji..
Krach

W mediach szok,
Świat skręca w bok
I dzieli się kolejnym murem.
Ach! Co za strach!
Na giełdzie krach,
A u mnie wykres strzela w górę!

Ktoś dzwoni znów
I krzyczy – mów!
Czy inwestować, czy jeszcze czekać?
Z wysoką już
Spadają w dół
Wszystkie rekiny z list Forbesa.

Pan z telewizji
Pyta na wizji,
Czy ja na wzrosty mam jakiś sposób?
Piejąc w zachwycie
O mym dobrobycie,
Daje mi wreszcie dojść do głosu.

Ja, proszę pana, w pokoju mam sejf,
W nim ładnie poukładane
Myśli o bliskich i cenne chwile.
Na rynku już takich pan nie dostaniesz.
Mam też, i dodam, że sobie cenię
W sztabkach złożonych na wielkich stosach
Miłość i za nic jej nie zamienię.
Ten kruszec więcej warty jest od złota.

Za oknem krzyk,
Policji szyk,
Kryzys zaciąga sznur na strychu.
W pokoju tam
Ktoś płacze sam,
Ktoś płacze sam po cichu.

Znów jakiś pan
Pyta, czy mam,
Bo dni nieznośne są i szare.
W pociągu tłok,
Z ulicy mrok
W ukryciu czeka na ofiarę.

A w głowie szum,
Bo świat ten znów
Jak kamikadze w dół pikuje.
Odganiam złe sny
I lepiej mi,
Gdy śpiewam tak, jak czuję.

Ja, proszę pana, w pokoju mam sejf,
W tym sejfie w stosach poukładane
Myśli o bliskich i cenne chwile.
Na rynku już takich pan nie dostaniesz.
Mam też, i dodam, że sobie cenię
W sztabkach złożonych na wielkich stosach
Miłość i za nic jej nie zamienię.
Ten kruszec więcej warty jest od złota
Rdza
Więc nie pytaj mnie, dlaczego
Szukam miejsc pełnych rdzy,
Dotykam rzeczy spowitych śniedzią –
Tak trochę mniej smutno i lżej jest mi.
Choć tyle chwil ułożyć zdołałem
W kilku pudełkach – mam je na strychu,
Później zaglądać do nich się bałem,
Wolałem pobyć przy nich po cichu.

Przy oknie oglądam slajdy splamione,
Ożywiam czas przeszły i daję mu wiarę,
Zasłaniam tak widok fabryki zniszczonej
Zabawą na plaży w letnim upale.
Choć nieporadności mniej się wstydzę
I świece na tortach liczyć przestałem,
To w lustrze ciągle dzieciaka widzę,
Nigdy nim być nie zapomniałem.

Bo widzisz, choćbyśmy nie wiem jak się spieszyli,
Choćbyśmy nie wiem, w co chcieli wierzyć,
Żałować będziemy, żeśmy nie zdążyli
Jeszcze za życia życia swego przeżyć.

Na desce starej, mchem spowitej,
Układam puzzle w bezsenną noc
Z kawałków szyby dawno rozbitej –
Tak czasem w ciszę przemieniam złość.
I nie dziw się, że czasem tak mam,
Na końcu ulicy, w wieczornych zamgleniach,
Pożółkłych od świateł sodowych lamp,
Wciąż widzę, jak znika ktoś bez imienia.

I nie szarp mnie, proszę, za ramię,
I nie klep po plecach, i nie goń, by iść,
Gdy w jednym uchu słyszę „kochanie”,
W tym drugim czas z nas szydzi i drwi.
Ja chciałbym czasem być, gdybym mógł,
W stanie próżniowym, otchłani niechcenia,
W bezwładzie myśli, rąk i nóg,
Jak w gwiazdy patrzeć w sens istnienia.

Bo widzisz, choćbyśmy nie wiem jak się spieszyli,
Choćbyśmy nie wiem, w co chcieli wierzyć,
Żałować będziemy, żeśmy nie zdążyli
Jeszcze za życia życia swego przeżyć.

I nie dziw się, że czasem tak mam,
Chociaż w muzyce radości bez liku
I lubię światło scenicznych lamp,
To lubię też pobyć z tobą po cichu.
Lubię też z tobą pobyć po cichu,
Lubię też z wami pobyć po cichu,
Lubię też z wami pobyć po cichu..
Życie
Życie nauczyło się wyglądać,
Tak, by było miło je oglądać.
Milcząc o tym, o czym mówić nie wypada, 
Potrafi uśmiechem pozdrowić sąsiada.

Życie coraz więcej może
I na ścianach coraz większe ma poroże,
I wdzięczniejsze, i sprawniejsze ma też nogi.
Coraz szybciej, coraz wyższe pokonuje progi!

 Lecz miłości w życiu nie ma 
   Choć tak ważna jest zaradność,
   Gdy w nim jeszcze miejsca nie dasz
   Na normalność i nieporadność.
   I nie będzie w nim radości
   Bez rozmowy i pokory,
   I bez prawa do nieporadności
   Życie będzie jak świat chory.

Życie nauczyło się udawać,
Pokazywać, że to życie to zabawa.
Chować swego moralnego kaca
Pod maską cyrkowego pajaca.

Życie ma już nawet aplikację
Na wrażliwość i psychiczną deformację.
Jak tabletkę na bunt wszelki i sprzeciwy
Ma też głos w pikselach, mówię Ci, jak prawdziwy!

Życie nie ma czasu, by rozmawiać,
Woli słuchać i potrafi też przemawiać,
I pod kołdrą skrywać się przed światem,
Godność swoją chować pod kanapę.

Życie chyba nawet wie, co czuje.
Życie gasi, masakruje i punktuje.
I swój sprzeciw ma i go wyraża
W internecie, w komentarzach.

Lecz miłości w życiu nie ma,
Chociaż tak ważna jest zaradność,
Gdy w nim jeszcze miejsca nie dasz
Na normalność i nieporadność.

I nie będzie w nim radości
Bez milczenia i pokory,
I bez prawa do nieporadności
Życie będzie jak świat chory
Bałwan
Miał pewien bałwan przemyślenia niesłychane
O tym, co się stanie, gdy nie będzie już bałwanem.
Bał się, chociaż wiedział, że nie zmieni to niczego.
Łzy wiosną ronił ze śniegu topnionego.

No dobrze – myślał – czy ta część mnie niewielka,
Niech będzie wiadro wody albo choć kropelka,
Dowie się kiedyś, że wcześniej mną była,
Że była bałwanem, że była i żyła?

Czy woda, ciesząc się nurtu polotem,
Wie, kim była wcześniej i co z nią będzie potem?
Czy niesiona zmianą stanu czarem
Nazwie wniebowstąpieniem swą przemianę w parę?

Czy będą wiedziały, gdy zawisną nad światem,
Że były mną kiedyś te chmury puchate,
Co dziwne kształty w galopie udają?
Wszak mną są – czemu do mnie się nie przyznają?

Nasączą te chmury świat mną, czyli sobą
I tchną weń życie wiosną błogą.
I pytał się bałwan, czy deszcz wie jeszcze,
Że był bałwanem, nim stał się deszczem.

Pocieszał się bałwan sensem istnienia,
Tłumacząc tak sobie swych braci topnienia,
I patrząc w ostatnie polarne zorze,
Stawał się wodą, strumieniem i morzem.

A potem – widział w tym swe ukojenie –
Przemieniał się w chcenie, miłość, pragnienie,
I karmiąc sobą wszelakie bycia,
Wsiąkał swym byciem w inne życia.

Żonglował tak bałwan przemijaniem
I zlewał rodzenie z unicestwianiem.
A kiedy czas mu na to pozwolił,
Umierał, by życia kosztować do woli.

Ubolewał nad tym, że nikt go nie widzi
I jego imieniem zwie tych, co się wstydzi.
Któż zechce wiedzieć, że kiedyś się stanie
W innej postaci głupiutkim bałwanem?

Lgnąc z wszelakim zegarów przebiegiem,
Chmurą świat będzie, by stać się znów śniegiem,
A z niego ktoś kiedyś trzy kule wytoczy,
Nałoży nań garnek i wtłoczy weń oczy.

Z marchewki nos, a uśmiech przyprawi z patyka
I elegancko guziki wstawi obok guzika.
Zima znów wdzieje białych szronów szatę
I świat będzie bałwanem, a bałwan – wszechświatem.